Nowa podstawa programowa, a polska rzeczywistość

Współczesna szkoła stara się iść z duchem czasu. Nowy program nauczania, jaki wprowadzono w klasach pierwszych szkoły podstawowej i gimnazjum, pociągnął za sobą konieczność wymiany podręczników. W sierpniu ubiegłego roku rodzice przyszłych pierwszoklasistów kupowali nowe podręczniki opatrzone znaczkiem: „nowa podstawa programowa”. Niestety, co bardziej rezolutni uczniowie bardzo szybko zauważyli, że nowe podręczniki w zasadzie nie różnią się niczym od poprzednich, których używali ich starsi koledzy. Różnice – by tak rzec były raczej – kosmetyczne. Nowa podstawa programowa pociągnęła więc, za sobą, dość duże koszty, szczególnie dla rodziców. Pomimo tego, że zmiany w programach nauczania tegorocznych pierwszoklasistów w istocie nastąpiły, zeszły na drugi plan. Najważniejsze innowacje dotyczyły przekierowania celów, jakie nauczyciel powinien osiągnąć w procesie dydaktycznym. W tym zakresie, rzeczywiście nastąpiło przesunięcie punktu ciężkości na pewne tematy, które wcześniej były mniej akcentowane. Sytuację związaną z wprowadzeniem do szkół nowej podstawy programowej bardzo szybko wykorzystali wydawcy, przekazując do mediów informację, że konieczne będzie zakupienie nowych podręczników. Zamykając tym samym drogę do skorzystania z podręczników używanych. Kto wprowadził opinię publiczną w błąd? Narażając tym samym, na niepotrzebne wydatki rodziców dzieci, które mogłyby korzystać z używanych już podręczników. Nasuwa się nieodparte wrażenie, że w tej sytuacji nie chodziło, ani o nową podstawę programową, ani tym bardziej o dobro dzieci, czy nawet podniesienie jakości polskiej szkoły. Po raz kolejny, o istotnych dla przyszłości sprawach, zadecydował biznes i lobby, a całe zjawisko dyskretnie przeszło do niebytu. Dokąd, takie podejście zaprowadzi polską szkołę?